Oryginalny artykuł znajdziesz TU

Wózkowicz zmienia miasto

Napisał(a): Agata Grabau w wydaniu 17-18/2011.

Marek Sołtys z przyjaciółmi tropi komunikacyjne absurdy i zmienia wizerunek osób na wózkach

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Może dla ciebie sportem ekstremalnym jest skok na bungee… dla mnie jest nim przejazd warszawskim metrem i skorzystanie z „ruskich” wagonów – taką informację przekazał widzom zimą 2010 r. Marek Sołtys, znany w internecie jako Szalony Wózkowicz. Pierwszy film z jego udziałem błyskawicznie wzbudził dyskusje. Trzyminutowy obrazek pokazuje prostą historię: mężczyzna na elektrycznym wózku próbuje się dostać do wagonu metra. Najpierw musi się przebijać przez hałdy śniegu, a po zejściu pod ziemię czeka go walka z wagonem. Między peronem a podłogą pociągu zieje kilkunastocentymetrowa dziura. Dla sprawnych – niezauważalna. Dla osoby na wózku – niebezpieczna, co widać już kilka sekund później: przednie kółko przekręca się i wpada w szparę, a wózek wraz z siedzącym na nim mężczyzną przewraca się na podłogę.

30 lat doświadczenia
Marek Sołtys jest radosnym, otwartym mężczyzną. W wyprawach po mieście towarzyszy mu specjalnie szkolony labrador Spajk. Wózkowicz nie stara się walczyć z wiatrakami – jeśli coś nie działa, zmienia to. W ten czy inny sposób. Najważniejsza zmiana, do której chce doprowadzić, to ta dotycząca wizerunku osób z niepełnosprawnością. – Takie osoby często same uważają się za niepełnosprawne – tłumaczy istotną różnicę w postrzeganiu problemu. – Uważają, że nie mogą zrobić wielu rzeczy, że sobie nie radzą. Są wycofane z aktywnego życia, często niemal nie wychodzą z domu. A przecież jedyna różnica między nami a osobami sprawnymi to sposób poruszania się albo w przypadku osób głuchych czy niewidomych – inne postrzeganie świata. Dotyczą nas te same problemy, mamy te same pragnienia, chcemy uczestniczyć w życiu społecznym, mamy potrzebę bliskości, bycia z kimś, pracy, bycia potrzebnymi – wylicza Marek Sołtys.
I jak przekonuje, te potrzeby można realizować, także siedząc na wózku. Z uśmiechem, nie zrażając się przeciwnościami.
– Jeżeli pozwolimy, żeby postrzegano osoby z niepełnosprawnością jako słabe, niekreatywne, smutne i ponure, będziemy się izolować. Ja nie czuję się osobą niepełnosprawną. Fajnie żyję, pracuję, mam przyjaciół, nie jestem nieszczęśliwy. Są utrudnienia, z którymi się nie zgadzam i z którymi walczę – i tyle.
Szalony Wózkowicz jeździ na wózku od ponad 30 lat. Jako 17-latek miał wypadek, po którym już nigdy nie stanął na własnych nogach. O tamtym czasie nie mówi wiele, wspomina tylko, jak dużo w jego życiu musiało się zmienić. – W liceum myślałem o studiowaniu architektury. Potem zrezygnowałem, bo co to za architekt, który nie wychodzi z domu.
Nie od razu poradził sobie z nową sytuacją. – Najtrudniejszy był powrót do domu po wypadku. Półtora roku spędziłem w szpitalach i wreszcie miałem wjechać, już na wózku, do pokoju, z którego wyszedłem jeszcze samodzielnie. Pamiętam, że mama wyszła na chwilę, żeby podziękować osobom, które pomagały mnie wnieść, a ja zostałem sam. Rozglądałem się po tym znanym mi miejscu i zastanawiałem: kim teraz jestem?
Rodzina i przyjaciele pomogli mu się odnaleźć w nowej sytuacji. – Mogłem przewegetować resztę życia albo po prostu żyć dalej. Udało mi się zrozumieć, że mimo wszystko nadal jestem Markiem, tą samą osobą, co przed wypadkiem. Nawet czasem tak się podpisywałem: Marek Mimo Wszystko.
Znajomi nie pozwolili mu siedzieć w domu: razem z wózkiem zabierali go na wyprawy po mieście. To w tym czasie narodził się przydomek Szalony Wózkowicz. Siedzenie w czterech ścianach? To nie dla niego. On miał swój świat, życie, z którego nie chciał rezygnować. Grupę wiernych przyjaciół. Naukę – skoro architektura odpadła, zdecydował się na studia lingwistyczne. I miał coś jeszcze: rozsądnych rodziców, którzy wspierali jego dążenie do samodzielności.
– Bardzo szybko przekonali mnie do wyprowadzki z domu i samodzielnego utrzymania – wspomina. – Dopiero po latach dowiedziałem się, że mama codziennie czatowała przy telefonie, na wypadek gdyby jednak coś poszło mi nie tak.
Ale poszło dobrze. Marek skończył studia, zaczął pracę. Założył rodzinę. Nie od razu zajął się działalnością społeczną. Był tłumaczem, uczył angielskiego – radził sobie jak najlepiej. I tylko absurdy w stolicy wciąż stawały mu na drodze. Kolejny przełom w życiu przyniosły problemy ze wzrokiem.
– Dwa lata temu przestałem widzieć na prawe oko. Musiałem mocno okroić czas spędzany przy komputerze, co oczywiście ograniczyło możliwości pracy jako tłumacza. Przyszedł czas, żeby coś zmienić. To wtedy narodził się pomysł na Towarzystwo Przyjaciół Szalonego Wózkowicza. Nie chciałem czekać, aż coś się wokół mnie zmieni, więc zacząłem zmieniać to razem z przyjaciółmi.

Metrem w wózkowicza
Zaczęło się od metra. – Nieraz zdarzało się, że Marek spóźniał się na ważne spotkania tylko dlatego, że przez 20 minut nie mógł się dostać do wagonu – przypomina Marek Idziejczak, student Politechniki Warszawskiej i przyjaciel Szalonego Wózkowicza.
– Jeszcze jako osoba prywatna prowadziłem z Metrem Warszawskim długą korespondencję na temat problemów, z jakimi spotykają się niepełnosprawni – wspomina Marek Sołtys. – Pisałem, że rosyjskie wagony są dla nas niedostępne, że czekanie na nowy skład, dostosowany do wózków, trwa nieraz bardzo długo.
Efekt? Na kolejne listy pan Marek dostawał wciąż tę samą odpowiedź. Różniły się tylko daty i podpis pod listem. Z pism od przedstawicieli metra można było się dowiedzieć, że „przygotowywany jest kolejny projekt rozwiązania” oraz że pociągi jeżdżą naprzemiennie, więc oczekiwanie na dostępne dla niepełnosprawnych składy Metropolis nie powinno zająć dłużej niż 6 minut.
– Uznałem, że skoro tak trudno przekonać ich pismami, po prostu pokażę, w czym rzecz. Bo może oni nie rozumieją, o co mi chodzi – wspomina Marek Sołtys
Pierwszy film, nazwany przewrotnie „Metro dla kulawych”, pomógł mu nakręcić Marek Idziejczak. Po nim kolejny – „Suplement”, w którym Szalony Wózkowicz proponował proste rozwiązanie – przenośne rampy, dzięki którym pracownik metra mógłby w ciągu kilkunastu sekund pomóc osobie na wózku wjechać do wagonu. – Takie rozwiązania są stosowane w wielu krajach, także tam, gdzie metro jest bardziej rozbudowane i ma długą tradycję – przekonuje. W odpowiedzi dowiedział się od dyrekcji metra: „Montaż takich pochylni stanowiłby poważne naruszenie konstrukcji wagonów”. – To przenośne rampy, nie montuje się ich ani do wagonu, ani do podłogi peronu – tłumaczy Sołtys.
Działania Wózkowicza przyniosły wreszcie oczekiwany efekt, ale do tego trzeba było kolejnych filmów, interwencji mediów i wzbudzenia zainteresowania prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz. Po kilku miesiącach nadeszła wreszcie poprawa. Dziś faktycznie rosyjskie wagony jeżdżą na zmianę z pociągami dostosowanymi do potrzeb osób na wózkach. – Na jeden nowy skład przypadają zwykle nie więcej niż dwa „ruskie” – wylicza pan Marek. Zakupiono też kilka ramp (choć decyzja o ich używaniu czeka jeszcze na zatwierdzenie), które mają pomagać w poruszaniu się na najtrudniejszych stacjach: Pole Mokotowskie, Dworzec Gdański i Plac Wilsona. Te trzy stacje nie są proste, lecz lekko zakręcają, tory poprowadzone są po delikatnym łuku. Powoduje to odchylenie wagonu, więc nawet w nowych pociągach zwiększa się odległość i różnica wysokości między peronem a podłogą.

Z wózkiem i na wózku
Na metrze się nie skończyło. Pan Marek wybrał się też na wózkową wycieczkę do zoo – tu okazało się, że nie może np. wjechać do nowoczesnych pawilonów z egzotycznymi zwierzętami. Przejechał po Krakowskim Przedmieściu i Nowym Świecie, wskazując właścicielom prywatnych sklepów, gdzie należałoby przeprowadzić zmiany. Wywalczył windy na moście Poniatowskiego.
Zimą 2011 r. Towarzystwo Przyjaciół Szalonego Wózkowicza sprawdziło warszawskie teatry. – Jest lepiej, niż się spodziewałem – zauważa nasz bohater.
– Na początku mieliśmy wrażenie, że dostępnych jest tylko ok. 30% budynków teatralnych w stolicy, ale szybko okazało się, że wystarczą niewielkie zmiany, aby poprawić ten stan – czasem rampa, nieraz udostępnienie windy na zapleczu. Bardzo szybko dostaliśmy informacje od dyrektorów teatrów, że coraz więcej osób na wózkach kupuje bilety. Jeśli do tej pory wiele z nich nie chodziło na spektakle, to przecież nie dlatego, że nie chciały.
Usprawnienia, które przynoszą działania TPSW, doceniają nie tylko niepełnosprawni. Te same problemy dotyczą przecież choćby rodziców z wózkami dziecięcymi. – W zeszłym roku dowiedziałyśmy się o tym, co robi Szalony Wózkowicz. Od razu uznałyśmy, że nasze potrzeby są bardzo podobne i warto działać razem – mówi Patrycja Dołowy, wiceprezeska Fundacji MaMa, znanej m.in. z akcji „Mamma mia! Tu wózkiem nie wjadę”. Już kilka lat temu członkinie fundacji zachęcały dziennikarzy, aby prowadząc lub nosząc wózek dziecięcy, spróbowali skorzystać z kładek niedostosowanych do potrzeb takich pojazdów. W podobny sposób przekonywał do zrozumienia swojego położenia Marek Sołtys: – Pani prezydent, zapraszam na wózek – namawiał wiosną zeszłego roku do wspólnej przejażdżki po mieście. Podobnie tłumaczył innym osobom: „Chcesz mnie zrozumieć, spróbuj tego, co jest moją codziennością”.
Nic zatem dziwnego, że obie fundacje połączyły siły i przygotowały wspólną akcję, razem przeprawiając się przez trudne przejścia, schodki i zakręty. Pospolite ruszenie wózków pokazało, jak wielu osób dotyczą problemy komunikacyjne. – Pokazaliśmy, że nie są to bolączki pojedynczych osób czy grup – tłumaczy Patrycja Dołowy.
Marek Idziejczak kilka razy siadał na wózku w trakcie kręcenia filmów z Szalonym Wózkowiczem. – Dzięki temu dostrzegam dziś znacznie więcej – przyznaje. – Łatwiej zauważam absurdy, które utrudniają funkcjonowanie.
Te absurdy to np. piękny, wyremontowany podjazd do jednego z banków na warszawskim Powiślu, w środku którego wystaje schodek – tylko jeden, za to na tyle duży, aby zablokować większość wózków inwalidzkich i dziecięcych. Windy, które w budynkach użyteczności publicznej miały pomagać w przewozie osób na wózkach, w wielu przypadkach są o kilka centymetrów za wąskie. Zimowy dojazd do budynku Poczty Głównej, który widzimy na filmie „Poczta Polska wita kulawych”: schodki prowadzące do budynku zostały pięknie odśnieżone, a cały zalegający śnieg… odsunięto wprost na podjazd dla wózków.
W zeszłym roku przez urzędniczy brak wyobraźni pan Marek nie mógł zagłosować w wyborach prezydenckich. W jego okręgu wyborczym komisja zasiadała na piętrze szkoły, gdzie nie było dojazdu dla wózków, a przewodniczący nie zgodził się na zniesienie karty i urny.

Przyjaciele
Jak podkreśla Marek Sołtys, za wszystkimi działaniami stoi nie tylko on sam, lecz także grupa jego przyjaciół i znajomych.
– Najpierw działaliśmy jako organizacja nieformalna. Od października Towarzystwo Przyjaciół Szalonego Wózkowicza stało się Fundacją TPSW – tłumaczy. – To pozwala nam być partnerami w publicznych dyskusjach i występować jako osoba prawna.
Fundacja TPSW przekonuje teraz miasto do budowania mieszkań wspomaganych i zatrudniania asystentów osobistych. – Dzięki temu można by odciążyć bliskich, którzy na co dzień pomagają nam ubrać się, umyć i poruszać. Nie można w pełni obciążać opieką członków rodziny – tłumaczy. Przekonuje też, że utrzymanie systemu mieszkań wspomaganych stanowiłoby mniejszy koszt niż utrzymanie pensjonariuszy w domach pomocy społecznej. – Mieszkania wspomagane, przystosowane do potrzeb osób z niepełnosprawnością, byłyby ułatwieniem nie tylko dla nas.
Pan Marek przyznaje, że w dużych miastach osobom z niepełnosprawnością żyje się łatwiej. W mniejszych miejscowościach ci sami ludzie często mają do pokonania znacznie więcej barier, zarówno komunikacyjnych, jak i mentalnych. Wszędzie, jak dawniej, natykają się na schody, progi i krawężniki. Ogromnym problemem jest też komunikacja międzymiastowa. – Autobusy dalekobieżne są całkowicie niedostosowane do przewozu osób na wózkach – tłumaczy. – Problem jest także w pociągach, gdzie często nie ma wjazdu na peron, brakuje informacji o tym, kiedy przyjedzie odpowiedni dla nas pociąg, a kiedy już uda nam się dostać do wagonu, spędzamy podróż tuż koło toalety.
– Brak dostępu do szkół, instytucji kultury czy urzędów jest łamaniem naszych praw – zaznacza Marek Sołtys. I tłumaczy, że jego marzeniem jest stworzenie przy projektowaniu przynajmniej instytucji publicznych szczególnej grupy roboczej.
– Mogłaby się składać z osoby na wózku, osoby z wózkiem dziecięcym, osoby niewidomej i niesłyszącej – proponuje. – Dzięki temu znacznie łatwiej byłoby wyłapać wszystkie niedoróbki już na etapie planowania i projektu, żeby nie było konieczności poprawiania gotowej budowli czy przejazdu.
To, o co walczy TPSW, nie jest wyłącznie sprawą jednostek. Społeczeństwo, którego członkowie żyją coraz dłużej, musi się liczyć z faktem, że coraz więcej osób będzie potrzebowało rozmaitych udogodnień komunikacyjnych. Jeśli zadbamy o to dziś, przyszłość okaże się prostsza.

* Sprostowanie: Nie mam oficjalnie żony, ale żyję w wolnym związku, studia też musiały poczekać, pozdrawiam.- przypisek Marek Sołtys