Jesień 2010.

Kolejne liście spadają z drzew, dni robią się coraz krótsze. Mimo wszystko udaje nam się wyrwać co jakiś czas na jesienne spacery. Trochę tęskni się do letniego słoneczka i ciepełka, tęskni do wakacji i wyjazdów czy to nad morze czy nad jeziora, ale na szczęście mieszkamy blisko lasu i wystarczy 20 minut aby zostawić za sobą miasto i znaleźć chwilę zapomnienia. Gdy ma się do tego, ze sobą, ringo czy piłeczkę… szaleństwo, wśród liści wzbijających się w górę i migoczących wśród coraz niżej wiszącego słońca, powoduje, że przystają na chwilkę ludzie i na ich twarzach pojawia się uśmiech.  Taki sam uśmiech jak widać na twarzy patrzących na roześmiane dziecko. Zaś w oczach zziajanego Spajka widać szczęście i to co nas łączy.

Bardzo lubię te nasze spacery, lubię ten czas, gdy obserwując go mam czas na przemyślenia i wspomnienia szybko ulatujących chwil. Tyle się w życiu dzieje, tak pędzimy za często mało ważnymi rzeczami, a na takim spacerze dopiero czuję, że to co właśnie przeżywam teraz, wśród tych drzew, szeleszczących pod kołami liści i śpiewających ptaków oraz harców czy spokojnego truchciku psa idącego obok, jest prawdziwym skarbem naszego życia.

Minęło kolejne lato i kawałek jesieni. Jesteśmy już razem ponad półtora roku i nie wyobrażam sobie życia bez niego. Gdy zdarzyło mi się wczoraj (2010.10.05) wyjść bez Spajka – szedłem na otworzenie Centrum Nauki Kopernik, na Wielki Wybuch i nie chciałem narażać go na aż tak wielki tłum i hałas – cała drogę zerkałem w bok z dziwnym wrażeniem, że coś jest nie tak. W windzie stanąłem bliżej lewej strony aby się zmieścił,  w metrze też zrobiłem dla niego miejsce.

Czuję, jakbyśmy  stali się nierozłączną częścią, jednym teamem i bez jego mordki obok, czuję się bardzo niezręcznie. Spajk stał mi się nie tylko niezbędnym ‘pomocnikiem’ ale i towarzyszem życia.  Zresztą piszemy już własną wspólną historię naszego życia, a i ludzie kojarzą nas razem.

W lutym 2010 ruszyło do życia TPSW, co wiąże się z dużą ilością nowych osób wokół, rozmów ale i załatwiania spraw. Spajk  otwiera mi nie tylko drzwi ale i serca większości tych ludzi, idzie na pierwszy ogień i tworzy cieplejszą atmosferę. Często na ulicy zaczepiają nas ludzie, którzy wiedzą jak ma na imię, zdarzyło mi się, że dzięki niemu nawiązałem też nowe znajomości. Dobrze mi razem z nim.

Nie sposób zapomnieć mu też jego pracy, która była powodem naszego wspólnego zaistnienia. Otwiera mi drzwi, pomaga dostawać się do łazienki, wychodzić z domu, podaje przedmioty w sklepie i domu, ale najważniejszą sprawą jest nadal dawanie mi poczucia bezpieczeństwa. Mimo iż nie codziennie wykorzystuję jego umiejętności psa asystującego, wiem, ze w sytuacji trudnej, czasem nawet nieprzewidzianej, mam przy sobie pomocną łapę i ogromne serce. Mam wpatrzone oczy i kompana na chwile radosne i trudne, na pogodę i niepogodę. Mam serducho, które jest najlepszym lekiem andydepresyjnym pod słońcem.

Myślę, że widać to na zdjęciach, które nam się ‘przytrafiły’ w ostatnich kilku miesiącach.